Trochę nam ostatnio odbija kulinarnie. Eksperymentujemy z suszeniem, kiszeniem, wędzeniem. Na wszystko trochę mało czasu, ale jakoś dajemy radę. W miniony weekend spontanicznie dość zdecydowaliśmy się na uruchomienie wędzarni. Motywatorem była belona – rzadko spotykana u nas ryba, dość pospolita w Morzu Bałtyckim, poławiana od połowy maja przez kilka tygodni. Charakterystyczna ze względu na zielonkawe zabarwienie ości. Zdarzyło nam się jeść belonę pieczoną – jest znakomita, nic więc nie stało na przeszkodzie by ją uwędzić. Żeby nie marnowało się miejsce w wędzarni dokupiliśmy klasykę klasyki – czyli pstrąga.
Na 24h przed wędzeniem namoczyliśmy ryby w solance. Proporcje – 60-70g soli kamiennej na 1 litr wody. Ryby leżały w solance całą dobę. Odpaliliśmy wędzarnie, klasyczną z beczki, bez żadnych nowoczesnych elektrycznych wynalazków. Tak jak dziad mojego dziadka i dziadek jego dziadka. Jedyne o co byliśmy mądrzejsi to termometr kuchenny. Wyciągnęliśmy ryby z kąpieli solnej i nadzialiśmy je na haki. Wędzarnia się rozgrzewała, ryby zażywały świeżego powietrza, a my wrzuciliśmy płotki na grilla i zwilżaliśmy gardła zimnym pilsem.
Po mniej więcej godzinie umieściliśmy ryby w wędzarni, odprawiając kilka plemiennych rytuałów, by nie spadły i nie wylądowały w żarze. Wędziliśmy drewnem bukowym. Ustawiliśmy termometr z alarmem na 50 stopni i z powrotem zajęliśmy się grillem.
Po 3 godzinach doglądania, pilnowania temperatury i patrzenia z niecierpliwością na beczkę wyciągnęliśmy ryby z beczki. Efekt przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Kwintesencja pornfoodu. Z trudem powstrzymaliśmy się by nie zjeść wszystkiego od razu i zrobić zdjęcia… ale chwilę później nie było już żadnych zahamowań. W smaku pstrąg okazał się znakomity, ale belona przebiła wszystko. Nic dziwnego, że kiedyś po odcięciu głowy sprzedawano ją często jako wędzonego węgorza. Polecamy spróbować, bo ta przyjemność dostępna jest raptem kilka tygodni. Jeśli macie okazję i możliwości – nawet się nie zastanawiajcie tylko zabierajcie się za wędzenie.

